Międzywojenna Warszawa nie była wyłącznie miastem eleganckich kawiarni, dancingów i rozświetlonych ulic. Pod powierzchnią tętniły polityczne konflikty, społeczne napięcia i przemoc. W „Ferworze” Anna Bińkowska wykorzystuje prawdziwe wydarzenia z 1925 roku, aby opowiedzieć o stolicy, której ślady wciąż można odnaleźć we współczesnym mieście.
Przeczytaj rozmowę z Anną Bińkowską.
Co najbardziej zaskoczyło cię w Warszawie 1925 roku podczas zbierania materiałów do „Ferworu”?
Przede wszystkim to, jak dzikie było to miasto i jak wiele buzowało pod jego powierzchnią. Zamachy bombowe nie były w Warszawie czymś zupełnie nieznanym. W 1923 roku na uniwersytecie rzeczywiście wybuchła bomba, zabijając jednego z profesorów. Sprawców nigdy nie ustalono.
W tym samym roku doszło również do potężnego wybuchu na Cytadeli. Oskarżono o niego dwóch wojskowych związanych z komunistami, przypisano im także odpowiedzialność za wcześniejsze wydarzenia i skazano na śmierć. Później prezydent Stanisław Wojciechowski zamienił ten wyrok na dożywotnie więzienie, choć finał całej historii okazał się jeszcze bardziej skomplikowany.
Z kolei w lipcu 1925 roku rozegrała się największa strzelanina uliczna w międzywojennej Warszawie. Jej ślady były widoczne w przestrzeni miasta przez dziesięciolecia. Przy murach Cytadeli od 1950 do 2018 roku stał pomnik-mauzoleum Władysława Hibnera, Władysława Kniewskiego i Henryka Rutkowskiego. W czasach PRL fragmenty ulic Chmielnej, Złotej i Zgoda nosiły ich nazwiska.
To właśnie prawdziwe wydarzenia stały się początkiem kryminalnej intrygi?
Tak. Od początku wiedziałam, że chcę pozostać w okresie międzywojennym. To epoka, która najmocniej do mnie przemawia i nieustannie mnie ciekawi. Jest w niej mnóstwo szczegółów, konfliktów i zjawisk, które znajdują odbicie również we współczesności.
Bohaterów już miałam, ponieważ kontynuuję historię duetu znanego z „Cieni”: pułkownikowej Reginy Brywczyńskiej i jej sekretarza Juliusza Tumanka. Pomysł na nową intrygę pojawił się podczas przeglądania międzywojennych gazet.
Zorientowałam się, że w 1925 roku, w odstępie zaledwie kilku miesięcy, doszło do dwóch dramatycznych wydarzeń: „krwawej matury” w Wilnie oraz największej strzelaniny ulicznej w międzywojennej Warszawie. Od razu pomyślałam, że to doskonały punkt wyjścia dla kolejnej opowieści. Regina i Juliusz często znajdują się przecież na obrzeżach prawdziwych wydarzeń historycznych, które w pewnym momencie zaczynają bezpośrednio wpływać na ich życie.
Warszawa lat dwudziestych jest w „Ferworze” czymś więcej niż tłem. Jak szukałaś swojej wersji tego miasta?
Mieszkam w Warszawie od urodzenia i doskonale widzę, jak bardzo miasto się zmienia. Przeczytałam mnóstwo międzywojennych gazet i obejrzałam wiele fotografii przechowywanych w Narodowym Archiwum Cyfrowym.
Kiedy pracuję nad książką, a jednocześnie codziennie jadę tramwajem i patrzę przez okno na współczesną Warszawę, warstwa historyczna siłą rzeczy nakłada mi się na dzisiejszy krajobraz.
Myślę wtedy: tutaj stała kamienica, tam znajdował się dworzec, w tym miejscu nie było jeszcze tramwaju, a gdzie indziej już kursował. Czasem przypominam sobie archiwalne zdjęcie wykonane dokładnie tam, gdzie właśnie się znajduję. Można powiedzieć, że nieustannie urządzam sobie trening z miasta.
Zdarza mi się również zastanawiać, co moi bohaterowie pomyśleliby o współczesnej Warszawie. Tumanek zapewne namiętnie jeździłby metrem, Regina polowałaby na apartament przy Złotej 44, a jej teściowa twierdziłaby, że w dzisiejszej stolicy nie da się żyć – przynajmniej do chwili, w której odkryłaby kasyno w hotelu Presidential.
W „Ferworze” czytelnik trafia do środowisk towarzyskich, akademickich, wojskowych i politycznych. Jak wybierałaś te przestrzenie?
Chciałam pokazać Warszawę z innej strony niż w „Cieniach”, gdzie ważną rolę odgrywał między innymi Kercelak. Tym razem zależało mi na wejściu do środowisk kojarzonych z prestiżem, wykształceniem, wysoką pozycją społeczną czy służbą państwu.
Jednocześnie chciałam przypomnieć, że również w świecie akademickim, wojskowym lub towarzyskim zdarzały się sytuacje wątpliwe, a ludzie byli bardzo różni niezależnie od miejsca, z którego pochodzili. Mierzenie wszystkich jedną miarą nigdy nie prowadzi do niczego dobrego.
W książce pojawiają się warszawskie ulice, kawiarnie, uniwersytet, prasa i transport. Jak pilnowałaś, żeby historyczne szczegóły nie zatrzymały opowieści?
To było wyzwanie, ponieważ bardzo lubię prawdziwe smaczki. Film, który bohaterowie oglądają w istniejącym wówczas kinie, artykuł z gazety, który do dziś można znaleźć w archiwum, albo firma rzeczywiście produkująca w tamtych czasach czekoladę – takie elementy pomagają ożywić świat.
Muszą jednak pasować do opowiadanej historii i dodawać jej koloru. „Ferwor” nie jest pracą naukową, dlatego szczegóły nie mogą przesłonić głównej opowieści.
Przed rozpoczęciem pisania sprawdzam ogromne ilości informacji, które później najczęściej pozostają jedynie w moich notatkach. Wiem, jakie suknie i produkty jakich firm nosi Regina, jakich używa perfum i kosmetyków, co lubi jeść Tumanek oraz jaka jest jego ulubiona książka. Samochód dla Reginy wybierałam niemal tak, jakbym kupowała auto dla siebie – porównywałam modele, ceny, zalety i wady.
Czytelnik nie musi jednak poznawać wszystkich tych informacji. Dokładne odtworzenie świata jest potrzebne przede wszystkim mnie, abym mogła swobodnie się w nim poruszać.
Najważniejsza pozostaje opowieść, a nie detal. Tekst konsultował także profesor Marcin Kruszyński, który wskazał mi pewne przeoczenia, oraz kolega z Muzeum Bitwy Warszawskiej 1920 roku. Dzięki niemu poprawiłam sceny retrospekcji związane z wojną polsko-bolszewicką. Autor nie jest alfą i omegą, dlatego pomoc specjalistów jest nieoceniona.
Jak pracowałaś nad atmosferą Warszawy, która wciąż pamiętała wojnę, walkę o granice i pierwsze lata niepodległości?
Przez kilka lat zajmowałam się II Rzeczpospolitą niemal codziennie. Realizowałam projekty literackie i filmowe poświęcone zarówno okresowi tuż po odzyskaniu niepodległości, jak i całemu polskiemu międzywojniu.
Pracowałam z tekstami z epoki oraz archiwalnymi fotografiami. Chłonęłam styl wypowiedzi, ówczesne tematy, wydarzenia i historie ludzi. Był to niemal siedmioletni, ciągły research.
Te czasy zawsze mnie interesowały, dlatego poszukiwanie materiałów nie jest dla mnie uciążliwe. Mam też wrażenie, że cień 1939 roku częściowo przysłonił nam sukcesy z lat 1918 i 1920. Tymczasem polskie społeczeństwo w obu tych momentach stanęło na wysokości zadania – może z problemami, ale jednak.
W „Ferworze” wielka historia spotyka się z prywatnymi dramatami. Jak utrzymywałaś między nimi równowagę?
Bardzo lubię mieszać dużą historię, znaną z podręczników i pierwszych stron gazet, z historią małą, osobistą. Historię tworzą przecież ludzie ze swoimi obawami, wątpliwościami, pragnieniami i emocjonalnym bagażem. Ich wcześniejsze doświadczenia wpływają na podejmowane decyzje, a wielkie wydarzenia – czy tego chcemy, czy nie – zmieniają ich życie.
Nie chodziło więc o to, aby Juliusz Tumanek zastąpił Jana Kowalewskiego i samodzielnie złamał szyfrogramy bolszewików podczas Bitwy Warszawskiej. Ważniejsze było dla mnie, żeby znalazł się na obrzeżach tych wydarzeń, a one wpłynęły na jego dalsze życie i późniejsze wybory.
Pisanie takich książek przypomina balansowanie na linie między fikcją a historią.
Czy osadzenie śledztwa sto lat temu wymaga innego myślenia o dowodach i sposobach zdobywania informacji?
Oczywiście. Dziś mamy bazy danych, CEPiK, Krajowy Rejestr Karny, badania DNA, mikroślady, odciski palców i monitoring. Do tego dochodzą media społecznościowe, które są gigantyczną bazą informacji o ludziach.
Sto lat temu trzeba było zapomnieć o wiedzy dostępnej w „magicznym pudełku”. Dane znajdowały się na kartkach, w teczkach i szufladach.
Nie obowiązywały jednak dzisiejsze zasady ochrony prywatności. Gazety publikowały pełne nazwiska, a nawet adresy ofiar i sprawców. Byli też sąsiedzi, dozorcy oraz ludzie obserwujący wszystko, co działo się na podwórku i ulicy. Można więc powiedzieć, że pewna forma miejskiego monitoringu jednak istniała.
Jak decydowałaś, które prawdziwe wydarzenia i postacie mogą stać się częścią kryminalnej fabuły?
Zawsze zależy to od konkretnej książki. Staram się pamiętać, że piszę powieść kryminalną, czyli przede wszystkim literaturę rozrywkową. To nie encyklopedia ani praca naukowa wymagająca przypisów i rozbudowanej bibliografii.
Mogę pozwolić sobie na inwencję, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Jeśli bohater ma porozmawiać z psychiatrą, sprawdzam, czy w tym miejscu nie mogłaby pojawić się prawdziwa postać. Jeżeli ktoś ma odbyć ważne spotkanie, zastanawiam się, czy można wprowadzić osobę autentyczną i pozostawić w ten sposób dodatkowy smaczek dla uważnych czytelników.
Nie mam jednak obowiązku uwzględnienia wszystkich wydarzeń związanych z danym miejscem lub okresem. Pokazuję wyłącznie ten fragment rzeczywistości, który jest potrzebny opowieści.
Historia zawsze była moim ulubionym przedmiotem. Traktowałam ją nie jako ciąg dat i nazwisk, lecz jako katalog fascynujących, połączonych ze sobą opowieści. To podejście zostało mi do dziś.
Jak budowałaś kryminalną intrygę, żeby czytelnik mógł śledzić tropy, ale zbyt szybko nie poznał rozwiązania?
To przede wszystkim kwestia wyczucia. Znam schematy konstruowania historii i wiem, jak teoretycznie powinny być rozmieszczone punkty zwrotne. Próbowałam pisać ściśle według tych zasad, ale nie sprawiało mi to przyjemności. Miałam wrażenie, że muszę naginać opowieść, aby zmieściła się w gotowym schemacie.
Przy „Cieniach” i „Ferworze” dałam sobie więcej wolności. Znam reguły, ale świadomie pozwalam sobie pisać zgodnie z własnym wyczuciem. Najpierw tworzę szczegółowy plan, a później konsekwentnie się go trzymam.
Moje powieści koncentrują się bardziej na pytaniach „dlaczego?” i „jak?” niż „kto?”. Podczas pracy zastanawiam się, co każdy bohater wie na danym etapie historii i jak ta wiedza wpływa na jego zachowanie.
Dopiero gdy główna intryga jest gotowa, zaczynam ją komplikować. Rozważam, gdzie podrzucić trop, jak zmylić czytelnika i w jaki sposób skierować bohaterów na niewłaściwą drogę.
Jak zmienia się Regina Brywczyńska, kiedy trafia w coraz bardziej niebezpieczne miejsca?
Regina od początku jest nowoczesną bohaterką z dużym bagażem doświadczeń. Ważne jest jednak dla mnie, żeby nie stała się superbohaterką, która bez wahania wchodzi w kolejne sprawy i zawsze wychodzi z nich bez szwanku.
Pochodzi z bogatej rodziny i przez wiele lat żyła w rodzinnej bańce. Cieszy się dużą samodzielnością, ale nie zawsze zdaje sobie sprawę, że to, co dla niej jest czymś oczywistym, dla większości społeczeństwa może pozostawać nieosiągalne. Nie dostrzega własnego uprzywilejowania, ponieważ nigdy nie musiała się nad nim zastanawiać.
Każda kolejna sprawa coraz bardziej otwiera jej oczy. Regina zaczyna dostrzegać niuanse rzeczywistości, która okazuje się znacznie bardziej skomplikowana, niż wcześniej sądziła. Z wiekiem staje się ostrożniejsza i bardziej wyrafinowana. Zaczyna zwracać uwagę nie tylko na siebie, lecz także na konsekwencje swoich decyzji dla otoczenia.
Zmienia się również jej relacja z Juliuszem Tumankiem. Po rodzinnej tragedii z 1920 roku to on pozostawał jej głównym łącznikiem z prawdziwym światem. Kiedy Regina stopniowo wychodzi ze swojej bańki, Tumanek zaczyna dojrzewać do myśli, że również on może mieć własne życie – niezależne od niej.
Kiedy możemy spodziewać się kolejnego spotkania z Reginą Brywczyńską?
Brywczyńska na pewno powróci, ale czy będzie to jej śledztwo – to już zupełnie inna sprawa. Pojawią się postacie dobrze znane czytelnikom, ale także wielu nowych bohaterów.
Najbliższa książka ukaże się zimą i będzie sporą odmianą. Również dla mnie.
Z Anną Bińkowską rozmawiała Marianna Bereda.

Napisz komentarz
Komentarze